- IT
Własne centrum danych czy kolokacja serwerów? Porównanie kosztów.

Serwerownie w polskich firmach rzadko powstają z projektu. Znacznie częściej powstają z konieczności, bo trzeba było gdzieś postawić pierwszy serwer, więc stanął w pomieszczeniu po archiwum, potem doszedł drugi, potem ktoś dokupił klimatyzator i zasilacz awaryjny, i tak przez dziesięć lat, aż wyszło z tego coś, co wszyscy nazywają serwerownią.
Taka konstrukcja działa bez zarzutu przez lata, a pytanie o jej przyszłość pojawia się zwykle przy okazji jednego z trzech zdarzeń. Klimatyzacja odmawia współpracy w lipcu. Firma rośnie i przestaje się mieścić. Albo ktoś z zewnątrz, audytor czy kontrahent, pyta o rzeczy, na które nie ma dobrej odpowiedzi.
Wtedy trzeba wybrać jedną z dwóch dróg. Zbudować serwerownię porządnie i utrzymywać ją dalej u siebie albo przenieść sprzęt do cudzego centrum danych i płacić za warunki, w jakich pracuje. Obie mają sens, tylko w innych sytuacjach, i obie mają koszty, z których część widać w budżecie, a część nie.
Ten tekst porównuje je po kolei. Dla kogo jest własna serwerownia i co musi się w niej znaleźć, czym dokładnie jest kolokacja i za co się w niej płaci, ile jedno i drugie kosztuje w perspektywie pięciu lat oraz co się dzieje z bezpieczeństwem, gdy sprzęt stoi u kogoś innego. Na końcu wracamy do trzeciej możliwości, o której mało kto myśli na starcie, a która w praktyce wychodzi najczęściej.
Spis treści
Dla kogo własna serwerownia?
Krąży przekonanie, że własne centrum danych to sprawa banków, telekomów i energetyki, a reszta powinna korzystać z cudzych. Jest w tym trochę prawdy i sporo uproszczenia, bo o sensowności własnej serwerowni decyduje nie wielkość firmy, tylko kilka bardzo konkretnych warunków.
- Systemy muszą stać fizycznie blisko procesu. Sterowanie produkcją, systemy wizyjne, aplikacje, które nie znoszą opóźnień. Jeśli hala i serwer muszą się widzieć w czasie rzeczywistym, rozmowa o kolokacji kończy się na tym jednym zdaniu i to jest w porządku.
- Przepisy albo umowy narzucają sposób przetwarzania. Działalność regulowana, wymogi sektorowe, zapis w kontrakcie z klientem, który sam podlega nadzorowi. Tu nie ma dyskusji o kosztach, jest wymóg.
- Firma ma kim to utrzymać. Nie jedną osobę, która ogarnia wszystko i nigdy nie choruje, tylko realnie dostępne kompetencje i zastępowalność. Serwerownia bez tego jest inwestycją w sprzęt, którym po roku nikt nie zarządza, a po trzech nikt nie wie, co w nim stoi.
- Skala robi się na tyle duża, że rachunek zaczyna działać na korzyść. Przy kilkudziesięciu szafach koszt jednostkowy wygląda zupełnie inaczej niż przy dwóch, i to właściwie jedyny moment, w którym argument finansowy sam z siebie przemawia za własnym obiektem.
Jeżeli żaden z tych warunków nie zachodzi, a serwerownia mimo to istnieje, to zwykle znaczy, że nikt jej nie wybrał. Po prostu się wydarzyła. To nie jest zarzut wobec nikogo, tylko dość dobry powód, żeby raz na kilka lat sprawdzić, czy nadal jest to najlepsze miejsce dla tych serwerów.
Zaprojektujemy i zbudujemy serwerownię
w Twojej firmie
Zalety i wady własnej serwerowni
Obie strony bilansu warto zobaczyć bez upiększeń, bo to decyzja na lata i nikt jej nie odkręca po pół roku.
Zalety własnej serwerowni
- Pełna kontrola nad sprzętem i konfiguracją. Decydujesz, co stoi w szafie, kiedy jest wymieniane i kto ma do tego fizyczny dostęp. Nie pytasz nikogo o zgodę i nie czekasz w kolejce zgłoszeń. Warto tylko pamiętać, gdzie ta kontrola się kończy, bo nie obejmuje dostawy prądu, awarii u operatora ani pogody w lipcu, a to właśnie te trzy rzeczy najczęściej zatrzymują firmowe serwerownie.
- Bezpieczeństwo dopasowane do specyfiki działalności. Możesz wdrożyć rozwiązania, których żaden dostawca nie ma w standardowym cenniku, i sam ustalasz, kto wchodzi do pomieszczenia. Przy danych, które z założenia nie mogą opuścić firmy, jest to argument rozstrzygający.
- Bliskość. Awaria dysku oznacza przejście korytarzem, a nie zgłoszenie i oczekiwanie. W środowiskach mocno związanych z produkcją potrafi to być ważniejsze niż cała reszta zestawienia.
- Brak zależności od jednego dostawcy. Nie renegocjujesz umowy, nie śledzisz zmian cennika i nie zastanawiasz się, co się stanie, gdy dostawcę ktoś za trzy lata przejmie.
Wady własnej serwerowni
- Koszt początkowy to dopiero pierwsza rata. Sprzęt, zasilanie awaryjne, klimatyzacja precyzyjna, gaszenie, kontrola dostępu, adaptacja pomieszczenia. Wszystko to widać w budżecie inwestycyjnym i wszystko to trzeba potem utrzymywać, co widać już znacznie gorzej.
- Koszty utrzymania są rozproszone, więc praktycznie niewidoczne. Energia siedzi w rachunku za prąd całego budynku, serwis w umowach technicznych, czas ludzi w etatach. Nikt nigdy nie dostaje jednej faktury z napisem „serwerownia”, więc mało która firma potrafi powiedzieć, ile ona rocznie kosztuje. To zresztą główny powód, dla którego porównania z kolokacją zwykle wypadają nieuczciwie.
- Redundancja jest droga, dlatego zwykle jej nie ma. Jedno zasilanie, jedna klimatyzacja, jedno łącze. Taka serwerownia pracuje bez zarzutu do pierwszej awarii pojedynczego elementu, a wtedy okazuje się, że nie ma czym go zastąpić.
- Utrzymanie wymaga ludzi, nie tylko urządzeń. Ktoś musi reagować na alarmy, pilnować przeglądów i wiedzieć, co zrobić, gdy w piątek po siedemnastej temperatura zaczyna rosnąć. W mniejszych zespołach ta rola nigdzie nie jest zapisana, więc pełni ją ten, kto akurat odbierze telefon, i zwykle jest to ta sama osoba od dziesięciu lat.
- Modernizacja wraca co kilka lat. Sprzęt się starzeje, standardy się zmieniają, a zapotrzebowanie na moc rośnie szybciej, niż zakładał projekt sprzed pięciu lat. Serwerownia nie jest wydatkiem, tylko zobowiązaniem cyklicznym.

Wyposażenie serwerowni
Różnica między serwerownią a pomieszczeniem, w którym stoją serwery, leży w kilku konkretnych punktach. Poniższą listę najlepiej czytać z myślą o własnym pomieszczeniu, bo to szybsze niż audyt i daje pierwszy obraz sytuacji.
- Zasilanie awaryjne. Zasilacz UPS ma podtrzymać pracę na czas potrzebny do bezpiecznego wyłączenia albo do uruchomienia agregatu. Pytanie nie brzmi, czy UPS jest, bo zwykle jest. Brzmi ono, kiedy ostatnio wymieniano w nim baterie i czy ktokolwiek sprawdził go pod obciążeniem. Baterie starzeją się niezależnie od tego, czy były używane, a urządzenie do ostatniego dnia pokazuje zieloną diodę.
- Chłodzenie. Klimatyzacja precyzyjna, a nie sprzęt kupiony do biura. Serwerownia potrzebuje stabilnej temperatury i kontrolowanej wilgotności bez przerwy, także wtedy, gdy na zewnątrz jest trzydzieści pięć stopni i cała okolica włączyła klimatyzację. Jedna jednostka oznacza, że jej awaria jest awarią całej serwerowni.
- Monitoring środowiskowy. Czujniki temperatury, wilgotności, zalania i otwarcia szafy, z powiadomieniem do konkretnej osoby, a nie na skrzynkę ogólną. To najtańsza pozycja na tej liście i najczęściej pomijana, choć różnica między wykryciem problemu o dwudziestej drugiej a o siódmej rano bywa różnicą między niczym a wymianą sprzętu.
- Ochrona przeciwpożarowa. System wykrywania i gaszenia dobrany do pomieszczenia z elektroniką. Zwykłe zraszacze rozwiązują jeden problem i natychmiast tworzą drugi.
- Kontrola dostępu i rejestracja wejść. Kto wchodził, kiedy i na jakiej podstawie. Poza samym bezpieczeństwem jest to pierwsze pytanie audytora zgodności i jedno z niewielu, na które odpowiedź musi być udokumentowana, a nie opowiedziana.
- Porządek w okablowaniu. To nie jest kwestia estetyki, tylko czasu naprawy. W szafie, w której nie wiadomo, co dokąd prowadzi, każda awaria trwa dłużej, niż powinna, i zwykle dłużej, niż ktokolwiek obiecał zarządowi.
- Redundancja tam, gdzie awaria zatrzymuje firmę. Drugie zasilanie, druga klimatyzacja, drugie łącze od innego operatora. Najdroższa pozycja z całej listy i jednocześnie ta, która odróżnia serwerownię działającą od serwerowni, na której da się oprzeć ciągłość działania.
Jeżeli po tej liście widzisz u siebie więcej braków niż punktów, to jeszcze nie znaczy, że trzeba się wyprowadzać. Znaczy, że warto policzyć, ile kosztowałoby ich uzupełnienie, i zestawić tę kwotę z abonamentem. Dokładnie o tym jest kolejna sekcja. A jeżeli decyzja pójdzie w stronę własnego obiektu, to projektujemy i budujemy serwerownie pod klucz, łącznie z tymi punktami, które najczęściej z projektów wypadają jako pierwsze.

Kolokacja serwerów – co to?
Kolokacja polega na tym, że Twój sprzęt stoi w cudzym centrum danych, a Ty płacisz za warunki, w jakich pracuje. Serwery pozostają Twoją własnością i nadal Ty nimi zarządzasz. Operator odpowiada za budynek, zasilanie, chłodzenie, ochronę i łącza, czyli za tę część, której najtrudniej dorobić się we własnym pomieszczeniu.
W praktyce wynajmuje się miejsce liczone w jednostkach wysokości szafy albo całą szafę, razem z przydzieloną mocą zasilania, chłodzeniem, łączem i adresacją IP. Dostęp zdalny masz przez cały czas, a fizyczny na zasadach zapisanych w umowie i to właśnie o tę część warto dopytać, zanim się ją podpisze.
Trzy pytania, które rozstrzygają, jak ta usługa wygląda na co dzień.
- Kto wykonuje prace fizyczne przy sprzęcie. Wymiana dysku, restart, przełożenie kabla. U jednych dostawców trzeba przyjechać, u innych robi to na zgłoszenie technik, który jest na miejscu. Przy sprzęcie oddalonym o dwieście kilometrów jest to różnica między godziną a całym dniem, a w praktyce także między spokojnym wtorkiem a nieprzyjemnym.
- Ile mocy jest przydzielone i co się dzieje po jej przekroczeniu. Moc na szafę to parametr umowny, a współczesne serwery potrafią wyczerpać standardowy pakiet szybciej, niż wynika z intuicji.
- Jak wygląda dostęp fizyczny. Kto może wejść, z jakim wyprzedzeniem trzeba zgłosić wizytę i czy da się przyjechać poza godzinami pracy.
Kolokacja jest naturalnym wyborem dla firm, które mają już sprzęt i nie zamierzają go wymieniać, ale nie chcą dłużej utrzymywać pomieszczenia, w którym on stoi. Jeżeli sprzętu nie masz albo właśnie kończy mu się żywotność, warto zestawić kolokację z wynajmem serwerów, bo wtedy odpowiedzialność za awarie sprzętowe przechodzi na dostawcę. Obie usługi opisujemy szerzej na stronie usług Data Center.
Skorzystaj z naszych usług Data Center
Zalety kolokacji serwerów
- Warunki, których nie opłaca się odtwarzać u siebie. Zdublowane zasilanie, klimatyzacja precyzyjna z nadmiarowością, gaszenie gazem, kontrola dostępu z rejestracją wejść. Odtworzenie tego w firmowym pomieszczeniu kosztuje setki tysięcy złotych, a w centrum danych rozkłada się na wszystkich klientów obiektu.
- Koszt zamiast inwestycji. Zamiast jednorazowego wydatku masz przewidywalny abonament, który wchodzi w koszty operacyjne. Dla wielu firm ma to znaczenie nie tylko finansowe, ale i decyzyjne, ponieważ abonament nie wymaga uchwały o inwestycji ani obrony projektu przed radą nadzorczą.
- Budynek przestaje być Waszym tematem. Przeglądy, wymiana baterii, serwis klimatyzacji, reakcja na alarm w środku nocy. Wszystko to znika z listy zadań Waszego zespołu, a to zwykle ta część listy, której nikt nie lubi.
- Skalowanie bez przebudowy. Kolejna szafa albo więcej mocy to aneks do umowy, a nie projekt techniczny i wniosek inwestycyjny.
Wady kolokacji serwerów
- Zależność od dostawcy. Jakość usługi jest dokładnie taka jak jakość operatora, a Ty nie masz wpływu ani na jego decyzje inwestycyjne, ani na to, kto go za trzy lata kupi.
- Dostęp fizyczny wymaga planowania. Nie zejdziesz piętro niżej. Przy pilnych pracach liczy się dojazd i procedura wejścia, więc część spraw trzeba organizować z wyprzedzeniem, którego wcześniej nie było potrzeba.
- Koszt jest stały i doskonale widoczny. To bywa wadą w rozmowie z zarządem, i to wadą pozorną, ponieważ abonament widać co miesiąc, a rozproszonych kosztów własnej serwerowni nie widać wcale. Porównanie na pierwszy rzut oka wypada więc na korzyść tej drugiej, choć po policzeniu wszystkiego często wypada odwrotnie.
- Migracja kosztuje. Przeniesienie środowiska to projekt z harmonogramem i testami, a nie przeprowadzka na weekend. Trzeba go wpisać po stronie kosztów decyzji, zamiast pomijać jako drobiazg.
Koszty własnego centrum danych vs zewnętrznego Data Center
Porównanie kosztów wychodzi wiarygodnie tylko wtedy, gdy po obu stronach liczy się to samo i w tym samym horyzoncie. Zwykle popełnia się dwa błędy naraz. Zestawia się jednorazową inwestycję z miesięcznym abonamentem, a do tego pomija koszty, które w przypadku własnej serwerowni są porozrzucane po całej firmie i nie mają wspólnej nazwy.
Co składa się na koszt własnej serwerowni
- Jednorazowo, przy budowie albo modernizacji: adaptacja pomieszczenia, zasilanie i rozdzielnica, zasilacze awaryjne, agregat, klimatyzacja precyzyjna, system gaszenia, kontrola dostępu i monitoring, szafy i okablowanie, projekt oraz odbiory.
- Co roku, przez cały okres użytkowania: energia zużyta przez sprzęt i osobno przez chłodzenie, przeglądy i serwis urządzeń technicznych, wymiana baterii w zasilaczach awaryjnych co kilka lat, łącza, ubezpieczenie, czas ludzi poświęcony na utrzymanie oraz odtworzenie sprzętu kończącego żywotność.
Dwie pozycje z tej listy są niedoszacowywane praktycznie zawsze. Pierwsza to energia zużywana przez chłodzenie, która potrafi dorównać zużyciu samych serwerów, a w rachunku za prąd całego budynku jest kompletnie niewidoczna. Druga to czas ludzi, który nie pojawia się na żadnej fakturze, więc w większości porównań przyjmuje wartość zero, co jest wygodne i nieprawdziwe.
Co składa się na koszt kolokacji?
Miesięczny abonament za miejsce i przydzieloną moc, opłata za łącze oraz opcjonalnie usługi dodatkowe, czyli prace techniczne przy sprzęcie, kopie zapasowe czy administracja. Jednorazowo dochodzi migracja. Po Waszej stronie zostaje sprzęt, jego wymiana i licencje.
Jak to policzyć, żeby wyszło uczciwie?
Przyjmij horyzont pięcioletni, bo mniej więcej tyle trwa cykl życia infrastruktury. Po stronie własnej serwerowni zsumuj inwestycję i pięć lat kosztów rocznych. Po stronie kolokacji zsumuj sześćdziesiąt miesięcy abonamentu i migrację. Dopiero te dwie liczby wolno postawić obok siebie.
Świadomie nie podajemy tu widełek kosztu budowy serwerowni w złotówkach za metr, choć krążą po branżowych artykułach. Zależą od standardu, od stanu pomieszczenia i od tego, co już w firmie jest, więc jako liczba w tekście dają złudzenie precyzji, a jako podstawa decyzji nie nadają się do niczego. Wycena własnej serwerowni ma sens dopiero po obejrzeniu pomieszczenia.
Do rachunku warto natomiast dopisać jeszcze jedną pozycję, którą pomija się prawie zawsze, czyli koszt przestoju. Godzina postoju ma w każdej firmie konkretną wartość, choć rzadko ktoś ją policzył. Pomnożona przez realistyczną liczbę godzin niedostępności w roku daje liczbę, która potrafi rozstrzygnąć całe porównanie, i zwykle rozstrzyga je inaczej, niż wyglądało to na początku.

Rzędy wielkości po naszej stronie
Kolokację i większe środowiska wyceniamy indywidualnie, ponieważ cena zależy od zajmowanej przestrzeni i realnego poboru mocy, a te wartości różnią się między klientami na tyle, że każdy sztywny cennik byłby zmyśleniem. Żeby jednak było od czego zacząć liczenie, poniżej rzędy wielkości dla usług, które w tej rozmowie pojawiają się najczęściej.
Środowisko wirtualne w naszym centrum danych to koszt rzędu 200-300 złotych netto miesięcznie za maszynę, w zależności od przydzielonej mocy obliczeniowej i pamięci. Środowisko testowe mieści się w dolnej części tego przedziału, produkcyjne w górnej. W cenie są codzienne kopie zapasowe wykonywane zgodnie z zasadą 3-2-1 oraz konfiguracja połączenia VPN, jeśli jest potrzebna. Licencja systemu operacyjnego rozliczana jest osobno, w cyklu miesięcznym.
Migracja poczty i domen to zwykle koszt liczony w tysiącach złotych, zależny od liczby skrzynek, domen i tego, w jakim stanie jest środowisko, z którego się wychodzi. Przeniesienie całego środowiska serwerowego wyceniamy osobno, bo to projekt o innej skali.
Najciekawsza jest tu pierwsza pozycja. Wyniesienie samego środowiska testowego na zewnątrz kosztuje mniej więcej tyle, ile w większości firm wynosi miesięczny koszt utrzymania jednego stanowiska pracy. To najtańszy znany sposób, żeby sprawdzić współpracę z dostawcą, zanim podejmie się decyzję o czymkolwiek większym.
Najczęstsze modele rozliczeń z zewnętrznym dostawcą
Zacznijmy od rozdzielenia dwóch rzeczy, bo w rozmowach mieszają się nagminnie. Kolokacja i wynajem serwerów rozliczają się inaczej niż chmura publiczna, a większość artykułów na ten temat opisuje tę drugą i nazywa to modelami kolokacji.
- Rozliczenie za miejsce i moc. Podstawowy model kolokacji. Płacisz za zajętą przestrzeń, liczoną w jednostkach wysokości szafy albo w całych szafach, oraz osobno za energię i chłodzenie. Opłata za przestrzeń jest stała i przewidywalna w budżecie rocznym, natomiast część energetyczna zależy od tego, jak dostawca ją liczy, i tu zaczyna się różnica, która potrafi zmienić rachunek o kilkadziesiąt procent.
Są dwa sposoby. Pierwszy liczy energię od mocy nominalnej zasilacza, czyli od wartości z tabliczki znamionowej. Drugi liczy ją według wskazań licznika w szafie, czyli od faktycznego zużycia. Różnica jest istotna, ponieważ serwer z zasilaczem o mocy pięciuset watów rzadko pobiera pięćset watów, a w pierwszym modelu płaci tak, jakby pobierał bez przerwy. My rozliczamy energię i chłodzenie według licznika. Jeśli porównujesz oferty, to jest pytanie, które warto zadać jako drugie, zaraz po cenie za przestrzeń.
Przy okazji przestrzeni warto pytać nie o wysokość szafy, tylko o powierzchnię użytkową. Standardowa szafa ma 42U, ale część miejsca zajmuje osprzęt, więc do dyspozycji zostaje mniej, na przykład 37U. Dwie oferty nazywające to samo pełną szafą potrafią różnić się o kilka jednostek.
- Abonament za zasoby. Model typowy dla serwerów wirtualnych i dedykowanych. Płacisz za konkretne parametry, czyli moc obliczeniową, pamięć i przestrzeń, a rozbudowa jest zmianą pakietu, nie zakupem sprzętu i nie czekaniem na dostawę.
- Rozliczenie za faktyczne zużycie. Model chmurowy, w którym płacisz za to, co zużyłeś w danym miesiącu. Sprawdza się przy obciążeniach zmiennych i krótkotrwałych, na przykład przy środowiskach testowych albo sezonowych szczytach. Przy systemach pracujących stale bywa droższy od stałego abonamentu, a rachunek trudniej przewidzieć, zwłaszcza gdy dochodzą opłaty za transfer danych, o których nikt nie myśli przy podpisywaniu.
- Model mieszany. Stała opłata za podstawę plus możliwość dobrania zasobów w szczycie. Kompromis między przewidywalnością a elastycznością i najczęstszy wybór firm, które przerobiły już oba skrajne warianty.
Przy porównywaniu ofert poza samą kwotą warto sprawdzić cztery rzeczy. Jak liczona jest energia, czyli od mocy nominalnej czy od licznika. Czy w cenie jest transfer danych i w jakim limicie. Jak wyceniane są prace techniczne przy sprzęcie, bo stawka godzinowa potrafi zmienić rachunek bardziej niż sam abonament. Oraz na jaki okres podpisywana jest umowa i co się dzieje przy jej zakończeniu, łącznie z tym, kto płaci za wyprowadzkę.

Czy zewnętrzne Data Center jest bezpieczne?
To pytanie pada prawie zawsze i jest całkowicie zasadne, bo oddanie sprzętu poza firmę wygląda intuicyjnie na oddanie kontroli. Odpowiedź wymaga jednak rozdzielenia dwóch rzeczy, które w tej rozmowie zwykle się zlewają w jedną.
- Za co odpowiada operator centrum danych. Za budynek i wszystko, co się z nim wiąże, czyli ciągłość zasilania, chłodzenie, ochronę przeciwpożarową, ochronę fizyczną, kontrolę dostępu z rejestracją wejść oraz łącza. W tej warstwie profesjonalny obiekt wygrywa z firmową serwerownią praktycznie zawsze i nie ma w tym żadnej zasługi, tylko konstrukcja. Tam, gdzie serwerownia ma jedno urządzenie, centrum danych ma dwa.
- Za co odpowiadasz nadal Ty. Za system operacyjny, aktualizacje, konfigurację, uprawnienia, kopie zapasowe i bezpieczeństwo aplikacji. Kolokacja nie zmienia tu absolutnie niczego, a przekonanie, że przeniesienie serwera do centrum danych załatwia sprawę bezpieczeństwa danych, jest jednym z częstszych nieporozumień przy tej decyzji i jednym z droższych.
Nasze centrum danych pracuje w standardzie Tier III i znajduje się w Zielonej Górze. W praktyce znaczy to tyle, że zasilanie, chłodzenie i łącza są zdublowane, a serwis pojedynczego elementu nie wymaga wyłączania systemów klientów. Dane zostają fizycznie w Polsce, co upraszcza dokumentację przy RODO i skraca rozmowy z audytorami, którzy pytają o lokalizację przetwarzania i o kontrolę nad łańcuchem dostaw.
O co zapytać dowolnego dostawcę, zanim powierzy mu się sprzęt:
- W jakim standardzie pracuje obiekt i co dokładnie jest w nim zdublowane?
- Gdzie fizycznie stoi budynek i czy można go zobaczyć?
- Jak wygląda kontrola dostępu i czy wejścia są rejestrowane?
- Co obejmuje umowa w części o dostępności?
- I wreszcie, co się dzieje z danymi, jeżeli współpraca się kończy, bo o to pyta się najrzadziej, a odpowiedź bywa najbardziej pouczająca.
Kwestię kopii zapasowych warto rozstrzygnąć osobno i przy okazji tej samej decyzji, ponieważ najlepszy obiekt na świecie nie chroni przed skasowaniem danych ani przed ich zaszyfrowaniem. Piszemy o tym przy kopiach zapasowych dla firm.
Trzecia opcja, o której mało kto myśli
Pytanie postawione jako wybór jednej z dwóch dróg wymusza wybór jednej z dwóch dróg. Tymczasem po policzeniu wszystkiego najczęstszym wynikiem takiej analizy jest rozwiązanie mieszane.
Wygląda ono zwykle tak, że systemy, które muszą stać blisko procesu, zostają w firmie, a wszystko, co nie musi, wyprowadza się na zewnątrz. Albo tak, że środowisko produkcyjne zostaje u siebie, a kopie zapasowe i środowisko zapasowe idą do centrum danych, dzięki czemu firma dostaje drugą lokalizację bez budowania drugiej serwerowni. To zresztą najtańszy znany sposób na spełnienie wymagań dotyczących ciągłości działania, o które pyta coraz więcej kontrahentów i coraz więcej przepisów.
Wariant mieszany ma jeszcze jedną zaletę, całkiem prozaiczną. Pozwala zacząć od małego kroku, na przykład od wyniesienia kopii zapasowych albo środowiska testowego, i sprawdzić współpracę z dostawcą, zanim podejmie się decyzję o całej infrastrukturze. Umowa na kopie zapasowe jest znacznie łatwiejsza do zakończenia niż migracja produkcji z powrotem do siebie.
Powiedzmy też wprost, jak wygląda nasza pozycja w tej rozmowie, bo ma to znaczenie dla wiarygodności każdej porady. Prowadzimy własne centrum danych i jednocześnie projektujemy oraz budujemy serwerownie u klientów. Obie odpowiedzi są dla nas usługą, więc nie mamy powodu naciągać rachunku pod jedną z nich. Jeżeli chcesz taką kalkulację zrobić dla swojej firmy, zacznijmy od rozmowy o usługach Data Center. A jeżeli nie wiadomo jeszcze, co dokładnie miałoby się przenosić, bo spis środowiska istnieje głównie w czyjejś pamięci, punktem wyjścia bywa audyt informatyczny.

Potrzebujesz pomocy w wyborze rozwiązania dla swojej firmy? Skontaktuj się!
Najczęstsze pytania (FAQ)
W pierwszych latach prawie zawsze tak, ponieważ odpada inwestycja początkowa. W dłuższym horyzoncie zależy to od skali. Przy niewielkiej liczbie szaf kolokacja zwykle pozostaje tańsza, bo koszt utrzymania obiektu rozkłada się na wielu klientów. Przy dużej skali własny obiekt zaczyna się bronić, choć wtedy do rachunku dochodzą koszty zespołu, który musi go utrzymać.
Nie i zwykle nie warto. Najczęstszy pierwszy krok to wyniesienie kopii zapasowych albo środowiska testowego, a dopiero potem pojedynczych systemów. Migracja etapami pozwala sprawdzić współpracę i rozłożyć koszt w czasie.
Sprzęt przez cały czas pozostaje Twoją własnością, więc go zabierasz. Przed podpisaniem umowy warto natomiast sprawdzić okres wypowiedzenia, to, kto ponosi koszt demontażu i wywozu, oraz procedurę przekazania danych, jeśli korzystasz z usług dodatkowych.
Zależy od dostawcy i jest to pytanie, które warto zadać wprost, ponieważ przy globalnych usługach chmurowych odpowiedź bywa złożona. W naszym przypadku jest prosta, bo obiekt stoi w Zielonej Górze.
Przy kolokacji sprzęt jest Twój, więc Ty odpowiadasz za jego awarie i wymianę, a operator odpowiada za warunki, w jakich pracuje. Przy wynajmie sprzęt należy do dostawcy, więc odpowiedzialność za serwis i wymianę przechodzi na niego, a Ty płacisz abonament za parametry. Kolokacja ma sens, gdy sprzęt masz i jest jeszcze na chodzie. Wynajem, gdy sprzętu nie masz albo właśnie kończy mu się żywotność.



















